Sunday, June 29, 2008

Cartagena 25.06-02.07.2008


Po meczacym trekingu po dzunglii w Tyrona, dostalem sie do najbrdziej romantycznego miasta Am. Pol.
CARTAGENA
Powiem tak, miasto samo w sobie jest super tylko gdzie sie nie popatrzysz a tam dziwki.
One sa tu wszedzie, i chyba wlasnie dlarego jest to naj najbardziej romantyczne miasto w AP hehe
Maisto nalezy do bardzo drogich a ja musze czekac pare dni na transport do Panamy, chcem to zrobic jachtem.
Cartagena jest miejscem bardzo historycznym i nawet dzisiaj mozemy zobaczyc pozostalosci po fortecy z przed 300 lat. Te sloczne miasteczko jest otoczone murami i zamkami(na zdj jeden z nich).
Jeszcze pare dni i spadam do Ameryki Centralnej-nie moge sie doczekac(Ameryka Centralna jest duzo biedniejsza od AP i tym samym bardziej niebezpieczna:))

Friday, June 27, 2008

Parque Nacional Tyrona 23-24.06.2008


Dobra!!!
Po 2 dniowym pobycie w turystycznej i drogiej wiosce Taganga wybralem sie do¨jeszcze bardziej pelnego turystow¨ miejsca. Park Narodowy Tyrona to jedna z perl karaibow.
Taki zaginiony raj(szczegulnie mozna to poczuc o 6 rano, kiedy wszyscy spia).
Dziewczyny na Karaibach po prostu mnie zafascynowaly, takie sliczne.
Caly park to okolo 300 hektarow ciagnacych sie wzdloz brzegu morza Karaibskiego.
Ja mialem dosyc hardcorovy treking po Dzunglii na drugi dzien, tak sie pocilem idac pod gorke z moim 25 kilowy plecakiem po tej dzunglii ze moglem wycisnac pot z mojego T shirta:)
Bylo ostro i naprawde dzungla mnie zafascynowala, ta jest inna niz amazonia, mozna poczuc taka mistyczna atmosfere indian Tyrona. Ja sam widzialem jedna rodzinke, nic nie mowia po Hiszpansku ale dali mi sie napic czegos z cokrem, bo wlasnie tego poptrzebowalem po 3 godzinach ¨spacerku¨ po puszczy. Tam nie bylo turystow wiec udalo mi sie troszku uciec od cywilizacji na chwilke;)

Taganga & Santa Marta 21-25.06.2008


Z bogoty zlapalem nocny autobus na:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))KARAIBY.
Trafilem do malutkiej wioski rybackiej nazywanej Taganga.
Taganga jest teraz rajem plecakowiczow, gdzie nie popatrzysz tam mnostwo turystow ale co zrobisz, przecierz wszystkich nie wybijesz;)
Taganga okazala sie spoko a karaiby???
10 lat temu siedza i ogladajac jeden z programow typu Discovery, pokazywali oni w tym momencie jakis podronikow na karaibach i juz wtedy wiedzialem ze tu przyjade, pewnego dnia, nie wiem kiedy ale tak, odwiedze karaiby:)
A teraz juz tu jestem i powiem tak, marzenia sie spelniaja jezeli bardzo tego chcesz i dazysz do tego z cierpliwoscia.

Bogota 15-19.06.2008


KOLUMBIA nie byla w moim planie przejazdu(byla ale na jakies 30%) poniewaz do 1 maja Polacy potrzebowali wizy do tego p`rzepieknego kraju.
Okazalo sie ze szczescie mi dopisalo i moglem wjechac bez zadnych problemow na granicy hehe.
Pierw odwiedzilem Cali- miasto milosci i imprez nastepnie zarokowalem do Bogoty.
Troche sobie inaczej wyobrazalem stolice tego kraju(mniej deszczu, cieplej) ale no coz, niespodzianki sa najlepsze.
Kolumbijczycy to chyba najmilsi ludzie na swiecie, nawet brutalna historia tego kraju nie zniszczyla sposobu myslenia tych ludzi. Kolumbijskie laski to chyba najladniejsze dziewczyny na swiecie, spotkalem sie z paroma, poszlismy na impreze i te ruchy mhym---. SALSA
Podczas podrozy po Kolumbii zolnierze ktorych jest tu masa(stoja wszedzie z kalasznikowami i sprawdzaja kazdy autobus czy nie ma narkotykow czy broni) zatrzymali mnie wycelowali pistolet i kazali dac paszport a ja prawie sie zesralem jak ten klient celowal mi w banke ale no coz, taka ich praca.:))
KOCHAM KOLUMBIE

Quito 10-14.06.2008


Po dwoch ciezkich dniach w drodze i paru nie przespanych nocy(z powodu bezpieczenstwa)
dojechalem do Quito. Quito to przemile miasto z niesamowitym klimatem oraz bardzo milymi ludzmi.
Wszyscy mi mowili ze tam tak niebezpiecznie itd. a ja ok 11 w nocy wracalem przez ciemne alejki z imprezy i nic a nawet taxowkarz dal mi prawie darmowy transport. Ale nie jest tak zle jak kazdy mowi. Najgorsze sa deszcze kazdego popoludnia, zawsze okolo 17 zaczyna padac hehe.
Niestety Quito to jedyne miejsce jakie odwiedzilem w Ekwadorze, nie moglem tam zostac. Musialem jechac dalej do ...
KOLUMBII
yeeeeeeeeeeeeeeeeeeeepaaaaaaaaaaaaaa

Parque Nacional Huaskaran 03-05.06.2008


Dobra znowu wracam do pisania po ciezkiej chorobie(Spedzilem dwa dni w lozku:))))
Z Huaraz dostalem sie do pobliskiego i jakze slawnego wsrod innych turystow Parku Narodowego Huaskaran.
Widoki jak z bajki niesamowici ludzie i przerozne smieszne sytuacje to wlasnie spotkalo mnie w tym przepieknym miejscu. Nawet pomimo faktu ze zginela mi kuchenka gazowa z pod namiotu i nie mialem nic dobrego i cieplego(procz Snicersa) do jedzenia.
Jakos przezylem ten treking(trek nazywa sie Santa Cruz cirquito) ale po 4 dniach podrozy i nie za dobrego spania, glodny jak pies(stracilem okolo4 kilo) zachorowalem.
No coz takie zycie niee, nic za darmo. W 4 dni przeszedlem okolo 60 km(duzo pod gorke).
Na jednym z kempingow rozbilem sie obok pary z Polski ale jakos nie bylo z nimi o czym gadac, jacys skomplikowani ci wszyscy ludzie. Zamiast Polakow porzyczylem kuchenke od Peruwianek.
Treking jak dotychczas chyba najtrudniejszy jaki mialem(glownie z powodu amania).




Na pierwszy dzien spaceru wybralem sie do Laguny 69(na zdjeciu). Nie przypominala mi slawnej pozycji z kamasutry ale kolor po prostu zachwycal, szczegulnie na tle bialych szesciotysiecznikow na okolo.
Drugi dzien byl chyba najgorszy bo trza bylo sie wdrapac z 2 500 m na 4 900 ale jakos sie udalo.
Po 4 dniach w parku musialem spadac i szczeze szkoda bylo ze nie zostalem dluzej, no coz prawdopodobnie wycienczenie organizmu wzielo gore nad tymi widokami.

Monday, June 2, 2008

Huaraz 01-03.06.2008


Po nastepnym nocny autobusie znalezlismy sie w Huaraz, stolicy przeslicznej Cordyliery Blanci.
Zobaczymy czy ona taka sliczna. Jutro stawie czola tym wysokim na 6000 m gorom.
Huaraz jest czyms w rodzaju stolicy sportow ekstremalnych w Peru.
Pochodzilem sobie po tym przytulnym miasteczku poobserwowalem ludzi na Plaza de Armas(u gory) I jadlem pyszniutkie i taniutkie jedzenie z ulicy, z rynku.

Lima 31.05.2008


W Limie wyladowalem bo musialem ale...
Okazalo sie ze stolica Peru nie taka straszna, pomimo tego ze bylismy tam tylko pare godzin przesiadkom udalo nam sie zobaczyc centrum i osobiscie bardzo mi sie podobalo.
Bardzo zrelaksowane, ludzie sie nigdzie nie spiesza, bardzo zywa Plaza de Armas.
Akurat trafilismy na zmiane zolniezy przy jakims narodowym budynku.
Pokrecilem sie po miscie pogadalem z paroma laskami wymiana adresow i na autobus:))
Trzeba opuscic ta piekna i jeszcze nie do konca poznana stolice.

Cuzco i Machupicchu 24-30.05.2008





Po Areqipie przyszedl czas na niepisana stolice Ameryki Lacinskiej- Cuzco.
Cuzco bylo sekretnym miastem Inkow. Teraz nadal mozna tam podziwiac bogata historie tej nietypowej nacji. Jak bys popatrzyl z gory na Cuzco mozna (nadal) zauwazyc ze ma ksztalt Pumy.
Ciekawe pomysly mieli ci Inkowie.(Jedna z dzielnic Cuzco).
Hiszpanie znalezli Cuzco dzieki przekupiniu swojej marionetki, ostatniego Krola Inkow.
Inkowie walczyli o to miasto do ostatniej krwi-dieci,kobiety, staruszki, po prostu wszyscy. Niestety nikt nie ma szans wygrac wojny majac w reku oszczep albo topor, Hiszpanie mieli juz bron palna. Jak bym byl Hiszpanem to bym tu nie przyjezdzal, Peruwianczycy za nimi nie przepadaja, zreszta cala Ameryka Poludniowa ich nie cierpi. Z drugiej strony jak mozna byc dumnym z takiej historii, bo Hiszpanie sa.




Wykupilismy zorganizowany tour do Machupicchu (4 dni), bo niestety jest nielegalne zeby isc bez Przewodnika. Droga byla bardzo ladna lecz mozolna. Tak to jest jak sie podrozuje w grupie za czym szczeze nie przepadam. Naszym przewodnikiem byl Diego, smieszny Peruwianczyk ktory mial wszystko w dupie, grupa go wogule nie interesowala. Ja tam sie nie interesowalem bo i tak bylem na przodzie stawki przez cala droge, wyprzedzajac nawet Diego. Najsmieszniejsze jest to ze czasami ten baran musial mnie sluchac:))



Po 3 dniach delikatnego trekingu dostalismy sie do Aquas Calientes. Jest to resort zaraz obok Gory Machupicchu. Przespalismy sie tam i juz o 4 00 zaczelismy sie wspinac aby zdazyc na wschod slonca. Wielu ludzi wybralo wycieczke busem ale ja to nie ja jak nie boli:))Po wejsciu wszyscy mielismy ta satysfakcje ze jestesmy pierwsi w tym inkaskim swiecie ale...
Zaraz za nami jakies trzy busy sie pojawily i wysadzily turystow. Turysci poszli prosto do bramy i czekali w kolejce to mnie tak zdenerwowalo ze takie barany moga sobie stac w kolejce pierwsi pomimo tego ze to ja Grzes, bylem tam pierwszy. Wepchalem sie napyskowalem jakims paskudnym amerykancom i juz. Ja nie przegrywam...





Dobra!!! Jestem w Machupicchu z 2000 innych turystow. Posluchalem co mial do powiedzenia nasz nowy przewodnik. Poopowiadal nam o Inkach i ich obyczajach pomscil sie troszke na Hiszpance z naszej grupy innymi opowiesciami jak to Hiszpanie zabijali Inkow.
Okazalo sie ze Machupicchu nie bylo miastem, bylo czyms w rodzaju Uniwersytetem dla elity.
O tym sekretnym miescie wiedzieli tylko krolowie i wysoko postawieni zakonnicy. Hiszpanie nigdy nie znalezli tego miejsca, w 1911 roku znalazl to amerykaniec. Ktory nie za bardzo wiedzial co mowi(jak to amerykaniec) i napisal ksiazke o sekretnym miescie Inkow Machupicchu ale ...
Mylil sie, skeretne miejsce to miejsce o ktorym wiedziala tylko jedna osoba sam wladca, syn slonca, wodz Inkow. Sekretne miejsce lezy gdzies tam w dzunglii, gleboko, tam gdzie Hiszpanie nie mogli juz dojsc. Sekretne miejsce to miejsce gdzie w okolo 1500 roku Inkowie (a raczej to co po nich zostalo) uciekli.



Oto zdjecie z ujeciem calego Machupicchu z drugiej strony. Zdjecie zrobione z WynaPicchu.
Machupicchu w jezyku Qechua(jezyk jakim poslugiwali sie Inkowie)oznacza duza gore a Wynapicchu mala gore. Daleku w Amazonii nadal znajduja sie wioski poslugujace sie jezykiem Qechua, mowia oni o sobie ze sa potomkami Inkow i chca zyc jak najdalej sie da od cywilizacji.
Chcialbym kiedys zyc w takim miejscu z daleka od problemow cywilizacyjnych i tego przekletego smogu ktorego jest mnostwo w Ameryce Lacinskiej.
Pozdrawiam

Kanion Colca 21-23.05.2008



Drugi pod wzgledem glebokosci kanion na swiecie to wlasnie wyzej wspomniany Kanion de Colca(pierwy lezy zaraz obok Colca i jest bagatela 100 metrow glebszy).
Tej nocy nie spalismy bo juz o 1 w nocy zlapalismy bus do wioski zaraz obok kanionu nazywanej Cobanaconde. Podroz byla dosyc nietypowa, nawet o tak poznej porze mnostwo ludzi czekalo na autobus na srodku drogi, posrodku pustyni bo lasnie przez pustynie trza sie przedzec aby tam dojechac.
Moglem podgladnac jak ci ludzie wygladaja co robia jak sie ubieraja, czasami ktos wniosl kurczaka albo cos. hehe.
Okolo 6:30 wyladowalismy w Cobanaconde, zjedlismy sniadanie i juz do kanionu ktory jest zaraz obok:)).
Niestety obralismy nie ta droge ktora chcielismy, bo prosto do oazy w ktorej bedziemy dzisiaj spac. ale no coz...
Po dojsciu do oazy zajelismy jedna z pobliskich chatek i ja skoczylem zobaczyc pobliskie wioski znajdujace sie w kanionie, nie ma tam samochodow tylko osiolki ktore codziennie musza tyrac w gore jakie 1500 metrow po prostej scianie aby przyniesc amanie do pobliskich wiosek.





Doszlem do wiosek jak Malata czy Cosmirhua. Podgladnalem jak prosto zyja ci ludzie i czym sie zajmuja bo jak nie ma samochodow to i problemow brak jak to ktos mi powiedzial. Pogadalem troszku z miejscowymi i z powrotem, a slonce tak dusilo ze nie dawalo sie wytrzymac. Mnostwo ludzi oferowalo mi pomoc za kaske oczywiscie w podejsciu na gorna czesc kanionu jutro, ale ja nie potrzebuje biednego osiolka zeby niosl mi bagaz, wiec powtarzalem tym kolesiom ze ja z Polski a ludzie z Polski nie potrzebuja pomocy w takich sprawach.


Noc w Oazie tez byla super, poplywalem w basenie zjadlem dobra kolacje, poznalem innych plecakowiczow z ktorymi wymienilismy sie doswadczeniami. Byl plan zeby z rana okolo 4 sie obudzic i zmykac do gory puki slonce nie smarzy bo tutaj slonce zaczyna grzac o 8:00, ale plan jest po to zeby sie go NIE trzymac wiec wstalismy o 6:30. Po 2 i pol godzinach wspinaczki doszlismy do samego czubka tego magicznego miejsca. Zlapalismy autobus z powrotem do Arequipy i tu niespodzianka, w autobusie mielismy milego goscia, mlodziudka alpaka, sliczne zwierzatko.(wioska Malata u gory)

Arequipa 20-21.05.2008


Arequipa okazala sie super miejsce(pierwsze miasto jakie odwiedzilismy w Peru).
Trafilismy do hostelu Home Sweet Home(domek slodki domek) pochodzilismy po miescie, ja zmiazdzylem sobie palca u nogi o jakis kamien ktorego nie widzialem.
Zaszlismy jak zawsze na glowny plac-Plaza de Armas(u gory) ktory okazal sie bardzo zywy i szczesliwy.
Nastepnie pozbieralismy info. na temat znajdujacego sie ok 160 km dalej Kanionu de Colca.
W Arequpia jest mnostwo agencji ktore organizuja wycieczki do Kanionu. Ludzie z agencji powtarzali mi ze nie ma szans na treking samemu, bez guide. Ale jezeli ktos mnie dobrze zna to wie ze dla mnie nie ma rzeczy niemozliwych i poszlem sobie sam bez zadnego obiboka:))

Yampupata trek i Wyspa Slonca18-19.05.2008



Z samego rana zdecydowalem sie zrobic maly treking (bo 17 km) do wioski polozonej najblizej Wyspy Slonca jak sie tylko da. Po drodze moglismy zaobserwowac ludzi przebranycz w tradycyjne stroje oraz ludzi pracujacych w polu(nawet w Niedziele). Wszyscy byli niezmiernie mili i przyjaznie nastawieni. Po ok 2-2,5 h doszlismy do Yampupata. Znalezlismy rybaka i ztargowalismy super cene za wynajecie lodzi wioslowej.

Zabralem sie do wioslowania a dziadek tylko siedzial stylu i myslal. Bylo ciezko ale przewioslowalem Jezioro Titicaca ha ha. Zajelo mi to ok 25 min. a dystans nie byl maly powiem wam. Spelnilem jedno z moich glebokich mazen plynalem(wlasnymi silami) po najwyzej polozonym nawigacijnym jeziorze swiata:)).Respecta Grzes!!!!!!!!!!!!!!



Isla de Sol bo tak ja nazywaja tutejsi okazala sie tyraniem pod gorke przez wiekszosc czasu a ja z wielkim plecakiem tam sie meczylem. Wyspa nie ma nic specjalnego do zaoferowania z wyjatkiem ludzi ktorzy chca z ciebie zebrac cala kase jaka masz i paru Inkaskich ruin ktore i tak sa w makabrycznym stanie. Ja osobiscie polubilem ta druga mniej turystyczna czesc wyspy z przeslicznymi zatoczkami i niesamowitym zachodem slonca w wiosce Challapampa(na zdjeciu). W ktorej spedzilem noc i mialem jedno z najlepszych kolacji w Ameryce Poludniowej(pstrag w czosnku z warzywkami i ryzemmhym). Trza przypomniec ze okreg Titicaca jest najwiekszym producentem(jezeli mozna to tak nazwac) pstraga w calej Ameryce Lacinskiej.



Tak wyglada tradycyjny ubior na Wyspie Slonca. Osobiscie uwielbiam te kapelusze sa supa. Wracajac do Copacabany(juz lodzia motorowa) z mnostwem innych turystow(glownie niemcow) podejrzalem mecz pilki noznej Bolivijskiej kobiecej druzyny:)) To bylo super widziec jak kobiety 20-40 bawily sie niesamowicie dobrze grajac w swoich tradycyjnych strojach.

Pozdrawiam

Copacabana 17-18.05.2008


Ucieklismy z La Paz yesssss:))
Copacabana to nie jest plaza w Rio De Janeiro ale miasteczko a raczej kurort zaraz obok jeziora Titicaca. Titicaca jest najwyzej polozonym jeziorem zeglowym swiata.
Miasteczko jest spoko, troche drogie(jak na Bolivie) ale da sie przezyc. Na kazdej ulicy jest tutaj rynek. Kobiety w tradycyjnych kolorowych strojach sprzedaja wszystko co tylko mozna sprzedac. Nastepny stop to wyspa slonca. Inkaska kraina:))

La Paz i Droga Smierci 09-17.05.2008



Nie bede dlugo pisal o nie pisanej (prawdziwa jest Sucre) stolicy Bolivii.
Przjezdzajac tu myslalem ze kazdy bedzie chcial mnie obrobic wszyscy beda mieli bron i ludzie beda niesamowicie niemili.
Nic bardziej mylnego kochani jest to najlepsze duze miasto w Ameryce Poludniowej w jakim dotychczas bylem, jest rowniez niesamowicie czyste.
Wtym miescie trafilismy do Irlandzkiego Hostelu i niestety zostalismy w nim ok 8 dni(jakies 7 dni za dlugo).
Powiem tak maja tu najlepsze imprezy w calej Ameryce Lacinskiej.




Droga Smierci, jest to nastepne wyzwanie jaki podjalem w La Paz a raczej zaraz obok.
Te miejsce nie bez powodu nazywane jest droga smierci. Statystyki mowia o 120 ofiarach rocznie ale ja osobiscie uwazam ze jest wiecej. Teraz wszystkie statystyki ida w dol bo Boliwijczycy wybudowali normalna droge, troszke bezpieczniejsza. Ja z pustym zoladkiem i sraka jakiej nie mialem wczesniej w zyciu podjalem decyzje podbicia tejdrogi i...

prawie poleglem:))




Prawie na koncu tej strasznej drogi mialem kolizje z ... samym soba:). Nie podolalem na zakrecie, przycisnalem hamulce troszku mocnie i przelecialem przez przednie kolko, szczescie i doswiadczenie w spadaniu z takich niebezpiecznych przedmiotow jak rower i skateboard pozwolily mi wyjsc calo i bez szwanku z tej opresji ale Niemiec ktory jechal zaraz za mna(scigalismy sie a ja niemcowi wygrac nie dam chocby nie wiem co) uderzyl w tylne kolo mojego roweru i mial delikatnie pochlastany pysk:))



Ta droga pozostanie mi w pamieci(i temu niemcowi) przez dlugi czas.Byly momenty ze w 90%
ryzykowalem moim zyciem:))
Ogulnie ta przepasc zaraz obok nas to okolo 400 metrow w dol:))
Pozdro